"Gdyby były flamastry, które po miesiącu blakną
 i pokazują się po jakimś czasie"
"If there would be color markers that fade 
away after a month, and come back later on"
oil on canvas
olej, płótno
wym: 115 x 115 cm
2015 r.

   “Guilt is not the curse of the human – the body is.”  These words, uttered in 1966, characterized a paradigm shift. These words, especially for women, formed the nucleus of the emergence and omnipotence of sin.  As women came into existence, they became the synonym of sin and their bodies the essence of sin. 

It is not an accident that the woman’s body, rather than the man’s, was framed as sin.  Forever, well, ever since forever existed, the man’s body was epitomized by one organ, which contained a lifelong monogamous covenant.    Since then, the woman’s body was always covered, veiled, suggesting that it 
was anything rather than something. This veiled ‘fogginess’ was and still is a fascinating entity from the male perspective.  But behind the veil, lurked fear.

The world took a deep breath, and held it; intuitively feeling that behind the veil must be a woman’s voice.  And it finally happened – of course, that is the way of things. And regarding why has history made us wait this long? Oh well, let us rejoice. Because it is us that can look at what only a woman can show 
us, without having to resort to voyeurism or to allow ourselves to become tantalized in various performances. 

“Giving to be seen” omits all presentation traps. That’s how Judyta Krawczyk’s collection of work works. 

The collection of paintings is accurately entitled a list of things. Things, in the plural, knowingly touch the paradox. We are used to a viewing a body like a painting, with the cursed “like it/don’t like it” dichotomy and the body as an object, presented for someone’s enjoyment. 
  The body as a Thing, capitalized, isn’t just any thing.
Presenting anything as Things, or the objectification of everyday objects has a long history and is no longer new.   These images, however, pertain to the Thing that is the body.  We are no longer discussing a body as an object, dressed, with make-up, or myth.  In this collection, we don’t see a body as an organ or a player of erotic games, rituals or schemes. 

The body presented by Judyta Krawczyk is a Thing, that Judyta Krawczyk speaks. The body speaks in her paintings and the speaking is not just babbling or chatting about this and that. The body presented by her, takes the place of the author, whom which we usually give the privilege.  This collection of 13 
paintings, shows us a privileged body in good and bad (“The Beginning is the End”, “I Placed/Sad, I Hung Something?”), in ecstasy and torture (“Kiss”, “Despair”, OMITTED),  in bliss and indifference (“Vacation”, “I will stay here, and you fly pussycat?”), in love and lust (“Faithfulness”, “Don’t take away the servants’ freedom”, “Guardian”), and in commonness and splendor (“A House without Flour isn’t a Home”, “Untitled”, “P1”).
  If a man weds the organs, the woman weds her body. This pair is so tight-knit, that nothing can come between them.   This is where we have soil, fertile or not, and the heavens, kind or evil.  Above and below is the body, and between is she - Judyta Krawczyk, as well as, all other women. 

The woman is an instrument of the body – but maybe we should generalize and say that every woman is an instrument of the body but not necessarily her own.
  If only for of this reflection, it is worth looking at “List of Things”.

Krzysztof Pawlak




spis rzeczy - z wystawy

saatchiart.com
zapraszam na saatchiart






  







........................................................................................................................................................



W obrazach Judyty Krawczyk-Domańskiej splatają się dwa ważne dyskursy: z jednej strony dominuje dyskurs tożsamościowy, z drugiej - przemijania w jego różnorakich aspektach. Autorka ukierunkowuje interpretacyjnie widzów proponując słowa-klucze: melancholia, samotność, dystans, smutek. Symbolicznie skonstruowane treści przywoływać mają wspomnienie utraty bliskiej osoby. Osobiste przeżycie odnosi się do dialogu między marzeniami dziecka a ich spełnieniem. 
Ten zbiór to swoista autoterapia, ale czy tylko? Czyż nie jest to również próba ukonstytuowania własnej tożsamości – tożsamości kobiety, matki, siostry? Krawczyk-Domańska pokazuje trudne, ważne i piękne zarazem doświadczenie rozpięcia między utratą siebie (w tym przypadku spowodowaną śmiercią siostry – tak bliskiej, że będącej częścią „ja”) a nową autoidentyfikacją. Maski na twarzy sugerują próby zmierzenia się ze swoim nowym „ja” względem własnego ciała, roli społecznej ale także czasu i miejsca, w którym się znajdujemy, wydarzeń, których jesteśmy świadkami. Niegotowe do przymierzenia sukienki poddają możliwe do wyboru identyfikacje i samookreślenia. Decyzja jeszcze nie zapada. Delikatnym lecz pewnym gestem docelowe formy - półprzezroczyste kreacje - są odsuwane. To już nie ja. To jeszcze nie ja. Za wcześnie na zdjęcie lekarskiej maski, dzięki której niewykształcony, nowy wyraz siebie nie musi być teraz ujawniony. Widzimy tylko oczy: spokojne, uważne, pewne, że właściwy czas, właściwa forma są na wyciągnięcie ręki.
W swoich pracach Judyta odkrywa coraz to nowe potencjalne zaangażowania. Kuriozalnie właśnie poprzez zasłanianie twarzy próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest? Czym jest tożsamość? Zmusza widza do skonfrontowania tego pojęcia z przypadkowością i nieprzewidywalnością zdarzeń, które nas dotyczą. 
Judyta maluje na różnych podłożach - płótnach, płytach, papierze, roletach okiennych. Materiał ten pozwala na większy komfort przedstawienia, podbudowując przy tym również sedno treści – ulotność, incydentalność i niepewność naszej egzystencji.

Spod wielokrotnych warstw farby ciągle pojawiała się jej twarz, oczy, które nie dawały odpowiedzi na pytania, tylko je zwielokrotniały. Dopiero cichy szept dialogu ze zmarłą w noc poślubną siostrą stał się sensem jej malarstwa. Wtedy dopiero odczuła nieodpartą potrzebę malowania, przyszła lawina pomysłów, (…) wspomnień, dotknięć. Niepotrzebne już były efektowne, ściekające farby, lecz spokój i rozwaga. Od dawna noszone w sobie dialogi z siostrą stały się obrazami, prawdą i częścią jej życia, jak twórczość każdego prawdziwego artysty.
Leon Tarasewicz